Na początku sierpnia miałam przyjemność być prelegentką na niezwykłej konferencji  UX w Lesie organizowanej przez Movade.  Opowiadałam o mojej drodze „Od zera do UX Designera”. Konferencja miała luźny charakter, a wszystko odbywało się na Polance Redłowskiej w Gdyni. Główna scena znajdowała się w starej stodole, wszystko w nietypowym dla konferencji klimacie. Miałam okazję przemawiać na zielonej polanie, bez żadnej prezentacji, wymuskanych slajdów i stania wysoko nad wszystkimi na scenie. Moi słuchacze siedzieli sobie wygodnie na kocykach i paletach, a ja na luzie opowiadałam o drodze, jaką przeszłam, aby zdobyć wymarzoną pracę. Such a forest experience!

Ogromne gratulacje należą się organizatorom za tę formę konferencji!  Udało się pokonać coś, czego w konferencjach nie lubię najbardziej – budowanie sztucznego dystansu między prelegentem a publiką. Tutaj tego zupełnie nie było – wszyscy byliśmy na tym samym poziome (dosłownie i w przenośni), nikt się nie wywyższał i nie błyszczał w blasku reflektorów. Moja prelekcja przerodziła się w żywą dyskusję, którą kontynuowaliśmy jeszcze przy wieczornym ognisku.

 

O, tak właśnie było na UX w Lesie. (Zdjęcie zapożyczone z Facebooka Design Skills)

 

Chciałabym streścić dla Was o czym mówiłam na UX w Lesie, bo obserwuję, jak wiele osób interesuje się teraz tematem UX Design i chciałoby wejść do tej branży bez doświadczenia lub kierunkowego wykształcenia. Zapraszam do lektury i dyskusji w komentarzach.

 

Kim ja w ogóle jestem?

Nie studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych. Nie byłam w liceum plastycznym. Nie od zawsze interesowałam się projektowaniem. Nie jestem psychologiem, który dobrze rozumie zachowania ludzi i miałby predyspozycje do bycia dobrym researcherem. Nie zdecydowałam się na studia podyplomowe z User Experience Design.

Chodziłam do liceum ogólnokształcącego w małym mieście, z którego pochodzę. Wybrałam profil matematyczno-fizyczny. Przygotowywałam się do studiowania architektury, dużo rysowałam. Na maturze zdawałam rozszerzoną matematykę, język polski i historię sztuki. Przed samą maturą zmieniłam plany i finalnie studiowałam Inżynierię Mechaniczno-Medyczyną na Wydziale Mechanicznym Politechniki Gdańskiej, a na drugim stopniu Mechanikę i Budowę Maszyn.

W trakcie studiów przypadkiem dowiedziałam się o Design Thinking, brałam udział w warsztatach, a później organizowałam własne z grupą zaangażowanych osób. Na samej uczelni nikt nie nauczył mnie projektować. Byłam bardzo rozczarowana, że dostaję tytuł inżyniera, a nie wiem jak się zabrać za projektowanie czegokolwiek. Design Thinking dla uczelni był zbyt innowacyjny, a poza nią powoli stawał się passe – mam wiele żalu do naszego systemu edukacji, ale nie o tym to ja miałam..

Cieszę się, że w trakcie studiów zdecydowałam się na coś więcej, niż pozostali. Wolny czas poświęciłam na poszerzanie zainteresowań, wspólne projektowanie ze studentami ASP i projektowanie dla osób z niepełnosprawnościami. Potem doszła działalność w fundacji i organizacja własnych warsztatów. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie byłabym teraz w tym samym miejscu, w którym jestem. Dało mi to znajomość procesu, obeznanie z projektowaniem różnych produktów i solidne podstawy do dalszego rozwoju.

 

Skąd decyzja o zmianie branży?

W trakcie studiów dostałam pracę w mojej branży – projektowałam produkty dla osób z niepełnosprawnościami. Czułam, że realizuję moją misję, projektuję potrzebne ludziom produkty. Bla, bla, bla..  Teraz wiem, że byłam młoda i naiwna, bo szybko spotkałam się z sufitem i nie było szans na dalszy rozwój. Branża mechaniczna jest nadal mocno „męska” i hermetyczna. W branży stricte medycznej jest mało firm, które chciałyby zatrudnić inżyniera z nikłym doświadczeniem. Nie chciałam projektować wielkich maszyn przemysłowych, to zupełnie nie był mój klimat. Chciałam projektować produkty małe, zgrabne i przede wszystkim pomocne w codziennym życiu.

Chciałam mieć pracę, która będzie mi dawała satysfakcję, która będzie codziennie stymulowała moją kreatywność. Coś, co będzie mi sprawiało frajdę. Kurcze, w pracy spędzamy za dużą część naszego życia, żeby chodzić tam codziennie z grymasem na twarzy.

 

Od czego zaczęłam?

Zebrałam wszystkie umiejętności, które mam – znajomość procesu Human Centered Design, reasearch, empatia, szybkość nauki, znajomość nowych technologii. Zaczęłam szukać pracy jako projektant. Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, znalazłam same ogłoszenia na UX Designera, ale wszystko tyczyło się projektowania aplikacji lub stron internetowych. Nie miałam praktycznie żadnego pojęcia o produkcie cyfrowym. Znałam się na projektowaniu gadżetów do wózków inwalidzkich, przekładni zębatych i podnośników. Co teraz?

 

Jakie podjęłam kroki?

Zaczęłam czytać o projektowaniu aplikacji. Szybko zorientowałam się, że proces jest praktycznie taki sam, jak przy projektowaniu produktów fizycznych. Znajdujemy potrzebę i staramy się znaleźć rozwiązanie. Tylko w przypadku produktów cyfrowych tym rozwiązaniem będzie aplikacja mobilna czy strona internetowa. Zaczęłam szukać, czytać blogi, książki i… ogłoszenia o pracę.

Miałam jedną wymarzoną firmę i postawiłam sobie za cel, że za rok (był grudzień) będę tam pracować. Wypisałam sobie wszystko, czego wymagają na stanowisko Junior UX Designer i rozplanował sobie naukę.

Musiałam się przede wszystkim nauczyć się narzędzi. W tym miejscu dziękowałam sobie w duchu, że w gimnazjum sama nauczyłam się Photoshopa i do dzisiaj czuję w się w nim pewnie. To był dobry początek, bo większość programów do projektowania jest do siebie podobna.

 

Nauka, więcej nauki, poszukiwanie wiedzy i warsztaty

Wiedziałam już, czego muszę się dowiedzieć. Jeszcze raz, dokładniej, przestudiowałam ogłoszenia o pracę. Wypisałam sobie zakres umiejętności, które trzeba posiadać, żeby dostać prace jako Junior UX Designer. Rozplanowałam sobie naukę na kolejnych klika miesięcy. Miałam plan – za rok o tej porze będę UX Designerem. Zamówiłam książki, zaczęłam śledzić blogi, słuchałam podcastów, wykupiłam mnóstwo kursów na Udemy.

Otoczyłam się mnóstwem wiedzy i się w tym utopiłam. Materiałów było tak dużo, że nie wiedziałam od czego zacząć.

Chciałam wszystko, tu i teraz. Był to jeden z powodów powstania tego bloga – chciałam mieć miejsce, gdzie będę mogła strukturyzować sobie zdobytą wiedzę i jednocześnie pomagać innym, którzy znajdą się w podobnej sytuacji. Za cokolwiek się nie zabieram, lubię mieć rozpisany jasny plan, taką ścieżkę dotarcia do celu. W tym przypadku miałam wrażenie, że błądzę po bezdrożach wiedzy, która wcale nie jest niezbędna na samym początku. Potrzebowałam kogoś, kto wskaże mi drogę.

 

Pewność siebie

Jednym z pomysłów było zapisanie się na bootcamp UX – stacjonarnie lub online. Długo się nad tym zastanawiałam. Cena jest kosmiczna, a ja jednak miałam już jakieś podstawy, więc nie chciałam kolejny raz usłyszeć czym jest Design Thinking. Nie miałam możliwości, żeby zapisać się na stacjonarny bootcamp, który dałby szybkie rezultaty, bo pracowałam na etacie. Tryb weekendowy mnie nie satysfakcjonował, ze względu na wolne tempo podawania wiedzy. Znowu byłam w martwym punkcie.

Na szczęście mam w swoim otoczeniu dobrych ludzi, którzy powtarzali mi, że nie potrzebuję żadnego kursu, że wiedzę praktyczną już mam. Prawdopodobnie właśnie to uchroniło mnie przed wydaniem kilku tysięcy złotych, by ponownie usłyszeć to, co już wiem. Teraz musiałam jedynie znaleźć sposób, żeby teorię przełożyć na praktykę.

 

Tworzenie portfolio

Nie licz na pracę w tym zawodzie, kiedy masz puste portfolio. Jednak jak zapełnić portfolio, kiedy nie masz pracy? Błędny krąg się zapętla.. Ale jest wyjście – nie wszystkie Twoje projekty, muszą być projektami komercyjnymi. Pokaż inicjatywę, że próbujesz, że się uczysz i że Cię to naprawdę kręci. Zaczęłam jeszcze intensywniej uczestniczyć w warsztatach, obserwowałam, poszukiwałam codziennych problemów i na tej podstawie tworzyłam pomysły na aplikacje.

Chyba największym przełomem było dla mnie uczestnictwo w UX Friday organizowanym przez Movade w Gdańsku (Michał, jeśli to czytasz, dziękuję, że mnie namówiłeś!). Było to dokładnie to, czego mi w tamtym momencie było potrzeba.

 

UX Friday

Dla tych, którzy pierwsze słyszą, to tak w skrócie czym jest UX Friday. Jest to jednodniowy sprint projektowy organizowany przez agencję projektową Movade z Trójmiasta. Wydarzenie jest bezpłatne, należy zapisać się poprzez formularz udostępniany na Facebooku. W projektowaniu można wziąć udział stacjonarnie, w biurze Movade w Gdańsku, jak również zdalnie. Każdy sprint ma z góry zaplanowaną tematykę. Przed warsztatami każdy z uczestników dostaje brief, w którym opisany jest temat sprintu oraz główne założenia. Miałam okazję brać udział w UX Friday dwukrotnie. Za pierwszym razem projektowaliśmy aplikację dla ratowników medycznych (była to moja pierwsza w życiu zaprojektowana aplikacja), a kolejnym razem była to aplikacja „zagubiony zwierzak”. Podczas kilkugodzinnego sprintu przechodzimy przez proces projektowy w dużym skrócie – tworzymy persony, robimy research konkurencji, rozpisujemy user stories, ustalamy najważniejsze funkcje i rozrysowujemy wireframy kluczowych ekranów. Nigdy nie starczyło mi czasu na dopracowanie UI podczas warsztatów, ale jest to część, którą i tak każdy robi indywidualnie. Kolejna fajna sprawa – w poniedziałek organizowany jest live na Facebooku, na którym każdy nadesłany projekt dostaje feedback. Jest to motywacja, żeby dokończyć swoje ekrany przez weekend i dostać porady, co można polepszyć, zanim wrzucimy je do portfolio.

 

Okazało się, że jest to forma, która najbardziej odpowiadała moim ówczesnym potrzebom. Warsztaty sporo mi rozjaśniły. Poznałam świetnych, inspirujących ludzi z różnym doświadczeniem. Dowiedziałam się co, jak i jakich użyć narzędzi. Poznałam Figmę, moją przyjaciółkę po dzień dzisiejszy. Dla niewtajemniczonych – Figma to bardzo proste narzędzie do projektowania interfejsów (i nie tylko). Zalety? Daje takie niemalże takie same możliwości jak popularnych Sketch; jest dostępna na Windowsa i Mac’a, i jest darmowa. Wady? Nie stwierdzono.

Uczestnictwo w UX Friday było bardzo dobrym krokiem, bo dowiedziałam się, co już wiem, a czego jeszcze nie wiem. I chyba to drugie, było dla mnie najcenniejsze w tym momencie.

 

 

Ciąg dalszy nastąpi..

Dojście do tego momentu zajęło mi jakieś 2 miesiące. Wydostałam się z wciągającego bajorka bezkresnej wiedzy na temat UX i zaczęłam spokojnie dryfować na powierzchni – już świadoma, w którym kierunku muszę płynąć, by osiągnąć cel.

W drugiej części wpisu opowiem o pierwszej wysyłce CV, rozmowach rekrutacyjnych i początkach w nowej pracy.